• Wpisów:51
  • Średnio co: 9 dni
  • Ostatni wpis:8 dni temu
  • Licznik odwiedzin:3 022 / 508 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Dziś spędziłam całkiem przyjemny dzień z Ag. Rozpierdzieliłam trochę hajsu, pojadłam smaczne rzeczy i wróciłam pełna energii. Aż mi się nie chce spać o dziwo.
 

 
Ale romansu na oddziale to ja się nie spodziewałam.
 

 
Za to mam jutro badania na kiłę i HIV. No cóż. Przynajmniej przebadają mnie pod każdym kątem x.x nie sądzę by wynik był pozytywny ale jednak trochę się boję.
Ale moje przygodne kontakty seksualne nie były aż 'przygodne', ej
 

 
Jestem ponoć 'diabłem wcielonym'
 

 
Ale przekraczać granice to ja lubię~
 

 
No i zabrano mi Abilify. Chyba odbierają też Trittico. Boję się tego, że okaże się, że jestem zdrowa. I po prostu słaba. Słabsza niż przypuszczałam. A te lęki, doły i brak sił to norma, której nie potrafię zaakceptować. Znów nie chcę żyć. A przy okazji, pobudzona kofeiną, chcę robić dużo rzeczy na raz. Nie rozumiem siebie. Lekarze mnie chyba też. Czuję, że tylko namieszałam.
 

 
Ale za to byłam dziś w kociej kawiarni. I było całkiem przyjemnie. Potrzebuję kontaktu ze zwierzakami. Ale nadal... Nie znoszę Warszawy
 

 
Dziś miałam 'grupową' rozmowę z lekarzami. Zdziwiłam się. I przeraziłam jednocześnie. Oprócz lekarzy w skład wchodzili też psychologowie. I nie wiem, czemu to mnie zdziwiło ale poruszony został temat moich wczesniejszych wyskoków seksualnych. Ja głupia sądziłam, że zostanie to między mną a moją lekarka? plus do tego to pytanie o to, czy uważam się za chorą. I poczułam się, że tu nie pasuję. I przez chwilę bałam się, że przeniosą mnie na inny oddział. Ale póki co jeszcze tu jestem.
 

 
I odezwałam się do S. I opowiedziałam jej, że jestem w szpitalu. I ma ochotę znów nawiązać z nią kontakt. I, i, i... Jestem głupia.
S. to osoba, z którą dużo przeszłam. Nazywam ją 'moją koleżanką psychopatką'. I nie chcę teraz się zagłębiać w problemy relacji z nią. Wiem jedno. Relacja z nią oznacza pewną grę. Nie chce dać się znów wykorzystać. Ale chcę doświadczyć mniej lub bardziej ryzykownych przygód, które mnie z nią najpewniej czekają. A jej niesamowity urok mnie nadal przyciąga! Jak nikt potrafi trafić w najczulszy punkt w swojej adoracji człowieka. Niezbyt nachalnie, a trafnie. Czy chcę znów żyć w iluzji dobrej relacji? Nie wiem czy jestem teraz aż tak zdesperowana
 

 
Dostałam przepustkę na sylwestra więc nie siedzę sama w szpitalu. A co robię? Przebywam z rodzicami i kotami. Patrzę jak ojciec pije. Przywołuje to złe wspomnienia. Humor mi jeszcze się obniża.

Gośka, ogarnij się~

Ten sylwester ssie.
I czuję się znów porzucona przez przyjaciółkę. Przyjaźń też ssie. Tylko zwierzętom można ufać.
 

 
Mija mi już 3 tydzień w szpitalu - z 10. Nie mam pojęcia, jak go przetrwam ale z pewnością postaram się. Oddział jest całkiem przyjemny, choć w przebudowie. Zajęcia są mniej przyjemne ale wiem, że przynajmniej teoretycznie powinny przynieść jakaś korzyść. No mam nadzieję, że jak wyjdę to zacznę żyć normalnie. I chociaż dowiem się, co naprawdę mi dolega. Czy to schizofrenia czy jednak coś innego.

Wciąż pokładam jakaś nadzieję w tym pobycie.
 

 
Nie wiem, co robię. Wracam. Pewnie na chwilę. Ale próbuję powstrzymać się przed całkowitym brakiem aktywności. A jest ciężko. Albo śpię lub leżę przez cały dzień albo robię wszystko by się z kimś spotkać. Z kimkolwiek. Zaczęła mnie przerażać samotność. Nie mogę wytrzymać sama z sobą. Przytłacza mnie wtedy coś. Coś, jakieś smutkopodobne. Ale zebranie myśli w kupę wydaje się być niemożliwe na ten moment. Bo się boję. Od 2 miesięcy żyję myślą, że idę do szpitala. A to już w ten poniedziałek. Mam wielką nadzieję, że pobyt tam coś zmieni. Cokolwiek. Bo na razie to funkcjonowanie marnie mi idzie.

Ale napisałam tu coś. Brawo.


Boję się.
 

 
Za to pochwalę się, że znalazłam pierwszą poważną pracę! W call center centrum medycznego. I 3 września zaczynam szkolenie. Jestem w szoku, bo na rozmowę przyszłam prawie zupełnie bez stresu. I byłam jak najbardziej sobą - pokazałam tę zdrową część!
 

 
Nie pisałam od długiego czasu. Standard. Zaczęłam się teraz zastanawiać dlaczego. Dlaczego systematyczność i doprowadzanie spraw do końca stanowią dla mnie abstrakcję. Czy to sprawka już potwierdzonej diagnozy? Czy to dlatego, że jak już się okazało choruję na schizofrenię? Nie wiem. Boję się. I jak zwykle nie widzę sensu w życiu. A jak jeszcze dowiedziałam się, że moje myślenie jest zaburzone, to brak sensu tylko się nasilił. W sumie rzeczywiście obserwuję spadek energii życiowej i stopniową utratę zainteresowań. Trochę jak w depresji. A to schizofrenia prosta. Jedyne co mi nie pasuje to "izolacja społeczna". Jako że co chwila zmieniam sposób postrzegania osób z mojego otoczenia, nie powinno dziwić to, że nie chcę się spotykać z ludźmi, przez których czuję się w jakiś sposób pokrzywdzona. Trochę to bez sensu bo to ja krzywdzę siebie w największy sposób. Ale potem nadchodzą dni, gdy nie mogę wytrzymać już sama. I nagle ludzie stają się idealni. Więc o jakiej izolacji społecznej my tu mówimy? To że tak bardzo potrzebuję chociaż najmniejszego grama zainteresowania. Gadam różne głupoty, po to by utrzymać choć w najmniejszej skali ten kontakt międzyludzki. I spamuję. Świat w takich chwilach nadal mnie ciekawi. I smucę się, że nie mogę się rozdwoić a doba nie trwa 40 godzin. Jako, że rozważano też zaburzenie schizoaktywne próbowałam się rozeznać czy przypadkiem nie wpadam w manię. Nie. Moim zdaniem te napady energii mieszczą się w normie.

Poza tym jak to jest, że całkowicie na trzeźwo, idąc do Żabki poznałam chłopaka, z którym od czasu do czasu spędzam noce. Gdzie wtedy był lęk przed ludźmi i izolacja społeczna?

I przy okazji we wnioskach zaplątało się zdanie "możliwe, że osobowość pacjentki kształtowała się w kierunku borderline" i zaproponowano dalszą obserwację. Super combo, schizofrenia i już od dawna podejrzewany border podwójne ryzyko psychoz!
  • awatar Pantokratorka: Najwyraźniej są ważniejsze/bardziej zajmujące sprawy do ogarnięcia, niż te wymagające dokończenia :P I też nie chciałam się spotykać z ludźmi kiedy nie mam dobrych odczuć względem nich (albo samej siebie). Co lubisz robić w wolnym czasie? Długo chodzisz na terapię?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Nie mniej znów zdarzyła się "niebezpieczna sytuacja seksualna". Tym razem tak średnio z moją zgodą. Właściwie to bez. I znów czuję pustkę ale przerywaną szokiem. Cieszę się jedynie, że może to mną wstrząśnie wystarczająco mocno i przestanę już ryzykować.

Ech, czemu głupota nie boli?
  • awatar MKC: @Pantokratorka: Autoagresja w pełni. Miałam jakiś dziwny okres rozwalania kasy na prawo i lewo i spędzania czasu z mniej lub bardziej podejrzanymi ludźmi. I skończyło się jak skończyło ;d
  • awatar Pantokratorka: Ale jak to?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Co do relacji z Pp. Piątek był dniem, gdy spaliśmy ze sobą niby "po raz ostatni". Bo taka relacja ponoć jest krzywdząca i dla mnie i dla niego. Możliwe. Cieszy mnie ten przebłysk rozsądku w jego wykonaniu. Nie mniej po tym odczułam chwilowy smutek, po którym nastąpiła pustka. Przerażające "nic". Jednak wiem, że to "nic" mnie chroniło przed własnymi emocjami. Nie wiem, co by się stało gdybym je odczuła tak intensywnie, jak zazwyczaj. Pustka więc ochroniła moją psychikę i podejrzewam, że też zdrowie.

Słowo "ostatni" wzięłam w cudzysłów, gdyż oczywiście zrobiliśmy to znów. Pewnie już rzeczywiście ostatni. I dobrze. Dotarło do mnie, jaki jest "okropny". Ciężko go mi jest inaczej określić. Bo zranił mnie. Wiem, że to nie jest borderowa zmiana postrzegania drugiej osoby. To rozsądek. Dawno tak rzeczywiście nie czułam się skrzywdzona. Ta cholerna manipulacja i egoizm przekraczający moją tolerancję. I brak rzeczywistej troski o drugiego człowieka. Ja wiem, że sama nie zachowałam się dobrze. Chciałam płaczem coś wymusić. Zwykłe przytulenie. I przeprosiny. Skończyło się na tym, że odczułam rzeczywistą potrzebę płaczu. A on ją oczywiście podkręcał. Nigdy w życiu nie słyszałam tak szczegółowych opisów tego, jak to ktoś może się zabić. Mimo że nie raz rozmawiałam z ludźmi, pragnącymi śmierci. On przesadził. Napił się i chciał mnie zranić. Zapomniałam, że ma taką skłonność. Kiedyś próbował zrobić to samo z G. Ale nie dała się. Jestem z niej dumna. Ja nie byłabym w takiej sytuacji w stanie niczego mu odmówić. Szczególnie że rzeczywiście mi na nim zależy. Bo go lubię. Ale tak bardzo przesadził, że już nawet seksy stały się nieistotne. Więc w sumie cieszę się, że to był ostatni raz. Nie chcę się mocniej angażować emocjonalnie. Tu trzeba chłodu i spokojnego podejścia.

Ale jestem wściekła na niego, że podobny koncert manipulacji funduje swojemu przyjacielowi. Widziałam jak się martwi. I że te słowa go też zraniły. I pomyśleć, że przez jakieś 10 lat wytrzymywał te odpały Pp. Nie rozumiem. Ja się już dystansuję.
 

 
Co się odwaliło, to ja nawet nie...~~
pomijając, że wywaliłam wszystkie swoje pieniądze, to nawet jestem zadowolona. Z prawie każdego ostatniego wydarzenia. Bo chyba coś zrozumiałam. Ale od początku: wiem już, że mam wyjątkowo niezdrowe, natrętne myślenie o seksie. I wiem, że łączy się ono z potrzebą kontroli. Prowokuję, by zdobyć tę kontrolę. A jak najłatwiej zmusić mężczyznę do czegoś? Muszę się pozbyć tej potrzeby, to i natrętne myśli i niekontrolowane zachowania pewnie przestaną mi tak dokuczać. Muszę sobie do głowy wbić, że jakość mojego życia nie zależy od innych tylko ode mnie. Życie jest niespodziewane. Nie jestem w stanie niczego zaplanować, nawet jeśli miałabym kontrolować całe swoje otoczenie. A jeśli ktoś miałby mnie opuścić, to ma do tego prawo. I po co trzymać kogoś przy mnie na siłę?

W ogóle to zaskoczyła mnie G. Też jej koncentracja na tematach seksualnych ostatnio przybiera niezdrowy kształt. Zastanawiam się czy to dlatego, że jesteśmy tak blisko? Tak na siebie bezpośrednio działamy? To to słynne przeniesienie? Bo to nie pierwszy raz, gdy aktualny nastrój jednej wpływa na późniejsze działanie drugiej. Nawet gdy mamy kontakt na odległość.


Nie mniej odczuwam ulgę, że przestałam być zazdrosna o Pp. Obie stwierdziłyśmy, że nie potrafi stworzyć pozytywnej, nietoksycznej relacji. A od ewentualnego partnera oczekuje się czegoś innego.
 

 
Półślepa, z powoli zdychającym zapaleniem spojówki, jedną soczewką na oku, zakwasami i mdłościami zrobiłam dziś więcej niż przez ostatnie 3 tygodnie. I tylko arbuzowa owsianka się nie udała. A raczej wyszło z niej coś o smaku kisielowego koszmaru z czasów przedszkolnych.

Lubię produktywne dni. Ale już wjeżdżają mi wyrzuty sumienia, że to za mało. Kiedyś spełnię swoje własne oczekiwania.
  • awatar ms moth: Satysfakcja pod koniec produktywnego dnia - jedno z najlepszych uczuć.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Miałam dziś i sesję terapeutyczną i spotkanie diagnostyczne w kierunku schizofrenii. Czuję się świetnie. Bo czuję się... wysłuchana? Oświeciło mnie, że złość którą czuję w stosunku do G. to cholerna zazdrość. I o kogo? O faceta. A przy tym zżerają mnie wyrzuty sumienia, że przespałam się z jej byłym chłopakiem. Co prawda mówi, że nie czuje do niego nic. I jej wierzę - była to zbyt krótka relacja. I jest w teraz w związku. Ponoć zakochana. Także wierzę. Nie zmienia to tego, że poczułam się przeokropnie, gdy tylko dowiedziałam się, że próbował z nią tego samego, co ze mną. Przerywając jednocześnie ze mną tym kontakt. I zamiast być na niego wściekła, zezłościłam się na nią. Czy to taka typowa... zazdrość? Cały czas próbuję zaprzeczać, że między mną a Pp. coś jest. Coś innego niż relacja zmierzająca w stronę przyjaźni, wspólne picie i seks. Cały czas powtarzam sobie, że to zwykła relacja. Ale jednak przegadaliśmy przez telefon sporo godzin. I to do świtu.

Boję się. Nie ufam już chyba nikomu. W końcu duże jest prawdopodobieństwo, że efektem będzie zranienie.






~ Czuję, że zaraz zagubię się we wszelkich skrótach. Chyba muszę zacząć inaczej imiona przedstawiać
 

 
Nie wiem czy to tylko borderowe "hate-love". Jedyne co wiem to, to że muszę przyjrzeć się swoim relacjom. Czuję, że moją uwagę przyciągnęli niewłaściwi ludzie. Mam wrażenie, że moja przyjaźń jest... co najmniej fałszywa. Mam ochotę się odciąć od G. Wściekła jestem na nią, choć sama nie mam pojęcia do końca czemu. Widzę, że w grę wchodzi zazdrość. Niestety. Okropne zjawisko. Ale usprawiedliwiam się swoim wrażeniem. A dotyczy ono tego, że mogę być wykorzystywana. Boję się, że utrzymuje ze mną kontakt tylko dlatego, że nie ma przy sobie nikogo lepszego. Tak jak było kiedyś z S.
Nienawidzę tego stanu - nie wiem czy są to tylko moje paranoje, czy rzeczywista sytuacja. Ale po co porozmawiać? Nie chcę jej przecież kolejnych zmartwień dostarczać. I tak ma ich dużo. Chcę tylko się odciąć. Najlepiej na zawsze. Boję się jednak, że ona mnie pierwsza odrzuci - nie będę mieć przez to powrotu do relacji. Kolejny powód by zrobić wszystko oprócz rozpoczęcia poważnej rozmowy. Ale może "porzucenie mnie" byłoby dobre. G. już nie pierwszy raz przetrwała moje odsunięcie się. Ostatnie "ciche miesiące" zdarzyły się z pół roku temu. Czas powtórzyć? Wiem, że ona też nienawidzi takich zachowań. Ale jednak mi je wybaczyła. Każde... Bez rozmowy! Bez jakiegokolwiek wyjaśnienia. Mimo że próbowałam zahaczyć temat w rozmowie. Skończyło się na tym, że nie odzywałyśmy się przez kilka tygodni bo "byłyśmy zajęte". Tak. Wściekaniem się na siebie.
Wszystko sprowadza się jednak do tego, że nie wiem, jak mam traktować tę relację. Nie jest to wymarzona przyjaźń, choć kiedyś taka się wydawała.
I trochę słabo, że jednak pojawiła się u mnie zazdrość. Ale to może dlatego, że czuję się niepewnie. Nie było jej przy mnie, gdy chciałam umrzeć. Nie było jej też wtedy, gdy chciałam ziścić te chęci. Nie próbuje nawet zrozumieć tego, co się dzieje w moim umyśle. A dzieje się o wiele za wiele~~

Pozbyłam się przerażającej pustki. Pojawiła się za to lawina emocji. A czuję, że ledwo się trzymam. Nie wiem, co by było, gdyby nie jedzenie, papierosy i alkohol. Czuję jakbym próbowała utrzymać ogromnego psa na smyczy. Cały czas ciągnie ale zaparłam się nogami i jakoś go trzymam. Puściłam go tylko raz i już tego żałuję. Choć sobie krzywdy nie zrobiłam ale niepotrzebnie kogoś skrzywdziłam swoją bezsensowną agresją. Ale mama mi na pewno wybaczyła. Jak wszystko.




Oszaleję zaraz.
  • awatar Pantokratorka: @MKC: Też nie czuję, jak ten czas ucieka :c Może to kwestia oceny, czy warto się spinać. I jesteśmy raczej takie, że jak coś kogoś ukłuje to same w sobie próbujemy ogarnąć o co chodzi, a jeśli jednak ma to związek typowo z postępowaniem drugiej osoby, to wyjaśniamy. A że najczęściej to wynika z naszych osobistych nadwrażliwości, to same to ogarniamy, a ewentualnie potem dzielimy się spostrzeżeniami ;) Początkowo chodziłam co tydzień :D a od niedawna nie czuję potrzeby tak często, bo już mało się pojawia wątpliwości wymagających konsultacji. 3 tygodnie to kupa czasu, też byłoby mi dziwnie :D Cieszę się, że z Pp się ustabilizowało! I mam nadzieję, że w natłoku tego co przeżywasz uda Ci się jakoś ustabilizować swój obraz, aby był w miarę możliwości Twój Najtwojszy, niezależny od innych :) myślę, że on też może się przyczynić do zmniejszenia potrzeby tej manipulacji
  • awatar MKC: @Pantokratorka: Głupio mi, że dopiero teraz odpowiadam. Ale nawet nie wiem, kiedy przeleciał ten czas :O jakie 25 dni? Jestem w szoku. To da się żyć bez spięć? :O w sumie myślałam, że są one dość naturalne dla różnych relacji. Ale chyba nauczyłyście się sobie z nimi radzić w konstruktywny sposób. Trochę mnie zdziwiłaś tę terapią, a raczej jej częstotliwością :O Spotkanie raz na 2 tygodnie nie jest dla Ciebie za rzadkie? Co to za rodzaj terapii? Ja przyzwyczajona jestem do tego, że co tydzień widzę swoją panią terapeutkę. Teraz poszła na urlop na 3 tygodnie i już się dziwnie bez niej czuję :D Już zupełnie przestałam żałować Pp.! Jakiś rozsądek pojawił się w mojej głowie. Relacja na poziomie koleżeńskim i mi i jemu zupełnie pasuje. A przez manipulację próbuję osiągnąć to, by nikt mnie nie porzucił. Bo paranoje jednak często się pojawiają :< Mam teraz za to nadzieję, że może odpowiednie leczenie je zmniejszy.
  • awatar Pantokratorka: @MKC: Właściwie nie mamy spięć, raczej takie momenty gdzie interpretujemy coś po swojemu i potem to wywołuje jakiś niepokój... Ale potem to przegadujemy i już jest okej :) Noo, jasne że tak, w relacji pracownik - przełożony, student - uczeń też to się może pojawić :) I to chyba więcej mówi o sposobie wchodzenia w relacje i wewnętrznych zasobach (lub ich braku), bo jest jak jest i chyba nie warto tego oceniać... tylko zobaczyć jak to u nas działa i dlaczego tak jest :) Na terapię chodzę od pół roku, średnio raz na 2 tyg, czasem rzadziej. Albo częściej, jak był gorszy czas. Z jednej strony szkoda tego Pp, ale z drugiej pewnie, po co fundować sobie dodatkowe huśtawki emocjonalne. A wiesz już, co próbujesz dzięki tej manipulacji osiągnąć? To super, że się akceptujecie takimi, jakie jesteście :D To cenne mieć kogoś takiego!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (12) ›
 

 
Po co przepracowywać traumy, jak można włazić w coraz to nowsze, niepewne relacje?
Ktoś tu bardzo chce nabyć nową traumę.
Mam 25 lat, warto się już chyba ogarnąć?

Wiem tylko tyle, że kocham G. Chcę by była szczęśliwa. A coś obie nie możemy poukładać własnych relacji. Tylko że ja lubię jak są chaotyczne, czasem wręcz niebezpieczne. Wszystko po to, by uciec od dręczącej pustki. Pierwszy raz ją ostatnio doświadczyłam... gdy przez chwilę czułam, że poukładałam życie! Ale nie... te mdłe emocje, które wtedy się pojawiły były wyjątkowo trudne do przeżycia. Ja potrzebuję więcej i wciąż przekraczam swoje granice.

Nie wiedziałam, że pozwalanie dziecku na zbyt wiele może przynieść taką szkodę.
 

 
Do wszystkiego dochodzi jeszcze ryzyko ciąży. Zrobiłam dziś test i wyszedł na szczęście negatywny. Za parę dni powtórzę.
Moje nastawienie odnośnie posiadania dzieci pozmieniało się na przestrzeni lat. Nastąpiła zmiana od kategorycznego "nie, nigdy" do "z chęcią, ale z dobrym partnerem". O tego drugiego trudniej. A nie chcę by na moje przyszłe dziecko oddziaływały podobne czynniki, jak na mnie - m.in. opuszczenie przez ojca. Chciałabym wychować dziecko tak, by nie miało żadnych problemów psychicznych. Powodzenia - sama jestem kłębkiem zaburzeń osobowości.
W każdym razie dopiero dziś, po 1,5 tygodnia od jednego z mych "zachowań ryzykownych" i po rozmowie z terapeutką uświadomiłam sobie powagę sytuacji. Wcześniej nie przyjmowałam do siebie w ogóle myśli, że mogę zajść w ciążę. A teraz co? Wpadłam w panikę. Plus poczułam się wykorzystana; choć na przedostatniej sesji z wielką pewnością twierdziłam, że to żadne wykorzystanie. Że wyszło na moje. Nie wiem, o czym ja sobie myślałam. Chyba o zagłuszeniu samotności. Bo teraz czuję się opuszczona przez wszystkich dookoła. Nawet przez pana od jakże ciekawej relacji typu "friends with benefits". Super. I nie mam jak zagłuszyć emocji. Czuję się przerażona swoja samotnością. Tym, że niby mam przyjaciół ale nikt nic o mnie nie wie. Ze wszystkim swymi problemami emocjonalnymi muszę sobie radzić sama.
Tak sobie myślę, że może jestem dzielniejsza niż sądziłam. Chociaż co to za "radzenie sobie" z kompulsywnymi zachowaniami?

Za to pomaga mi pisanie, chociażby dla samej siebie. Nie czuję już okropnej potrzeby zrobienia sobie krzywdy.

Ani nie czuję pustki. A wczorajsza była przerażająca. Nie wyobrażałam sobie, że mogę być wyprana z emocji. A tu jednak.
 

 
Identyfikacja emocji wciąż w toku. A ja się coraz gorzej czuję. Na dodatek odstawiłam leki. A chyba bez nich serio nie mogę funkcjonować. Nawet nie wiem, który z nich pełni rolę stabilizatora. A któryś musi, bo pojawiły się dawno niewidziane skoki nastrojów. Wyjątkowo intensywne. I muszę się mocno pilnować, by nie zrobić niczego złego. I teraz się zastanawiam, jak mam identyfikować swoje emocje, jeśli leki je tłumią? Z drugiej strony ułatwiają mi funkcjonowanie. Ale czy to nie czyni mnie w pewien sposób uzależnioną od nich? Bo nie umiem sobie sama radzić z nimi. Jedyny sposób na ich okiełznanie to autoagresja. Słaby sposób. Nie polecam.

I najgorsze jest to, że nie mam z kim o tym porozmawiać. Niby cały czas do kogoś piszę. Niby jestem z ludźmi blisko ale nie jeśli chodzi o mnie. I cały czas rosnące poczucie samotności mnie przytłacza. Dlatego potrzebuję pisać. Chociaż tyle, by wyrazić emocje.
 

 
To nigdy nie jest "tylko seks", prawda? Jak szybko można się przywiązać? I jak szybko można zacząć odczuwać zazdrość?
Przynajmniej to sobie uświadomiłam.
 

 
Próbowałam zidentyfikować swoje emocje. Chciałabym się dowiedzieć dlaczego czuję napięcie. I czym ono jest. Skończyło się histerią, napadem obżarstwa i prowokowaniem bólu. Emocji nie nazwałam. Bo gdy tylko zaczynałam, one natychmiast się zmieniały. Wiem tyle, że cały czas żyję z lękiem. Ale to za mało jak dla mnie. I dlaczego skutkuje paniką.

Chciałabym wiedzieć czy rozpoznawanie tych emocji stanie się kiedyś prostsze.
 

 
Po co spać, jak można wchodzić w kolejne dziwne relacje?

Dawno nie byłam tak aktywna. Prawie w domu nie bywałam O.O ponoć jestem introwertykiem.
 

 
Nie wiem, co się dzieje. Może życie to chaos. A moja relacja z Nim (świetną ksywę na pingera mu wybrałam, btw) jest coraz bardziej popierdzielona. On już ma mnie dosyć. Nic dziwnego. Drażnię go. Prowokuję, choć sama nie wiem, czemu. Przy okazji tak bardzo boję się opuszczenia, a moje zachowanie może tym skutkować. Poza tym to chcę jechać do kolegi i mieć wszystko, wszyściutko gdzieś. Narkotyki, alkohol, seks i ekstremalne aktywności wyjątkowo mnie przyciągają. Znów chcę przekroczyć własne granice. I nie obchodzi mnie to, że mogę wrócić z nową traumą. Choć poprzednich jeszcze nie przepracowałam. Nie potrafię się zabić to chociaż zdrowie swoje bardziej uszkodzę. Czemu nie.
Gorzej, że dowiedziałam się, że mogę być rzeczywiście chora. I nie chodzi tu o zaburzenia osobowości. W grę wchodzi choroba... schizofrenia. Serio? Jestem przerażona i mam ochotę ryzykować zdrowiem jeszcze bardziej. Nie wiem czemu. Bo mimo wszystko mam wrażenie, że choroba zwalnia mnie niejako z różnorodnie rozumianej "odpowiedzialności". Na chorobę przecież nie mam wpływu, na zaburzoną osobowość już tak. Ale schizofrenia... serio? Wiem, że mam paranoje. Ale jestem wobec nich krytyczna. Więc jak...? Czuję jakby zabrano mi grunt pod nogami. I tak nie wiem, kim jestem. Teraz nie wiem czy wszystko wokół mnie jest prawdziwe. Relacje, obowiązki, bliższe i dalsze otoczenie oraz ja. Czuję, że znów pojawia się derealizacja. Myślałam, że moje skrajne postępowanie i skrajne poglądy są wynikiem bordera. Ale niekoniecznie. I dlatego się boję. Bo świadomość tego, że się zachorowało na przewlekłą chorobę jest przerażająca. I chciałabym mieć teraz kogoś, kto mnie przytuli. Ale dla Niego to chyba za duże poświęcenie.

Przykro jakoś.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›