• Wpisów:31
  • Średnio co: 10 dni
  • Ostatni wpis:2 dni temu
  • Licznik odwiedzin:2 479 / 325 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Po co przepracowywać traumy, jak można włazić w coraz to nowsze, niepewne relacje?
Ktoś tu bardzo chce nabyć nową traumę.
Mam 25 lat, warto się już chyba ogarnąć?

Wiem tylko tyle, że kocham G. Chcę by była szczęśliwa. A coś obie nie możemy poukładać własnych relacji. Tylko że ja lubię jak są chaotyczne, czasem wręcz niebezpieczne. Wszystko po to, by uciec od dręczącej pustki. Pierwszy raz ją ostatnio doświadczyłam... gdy przez chwilę czułam, że poukładałam życie! Ale nie... te mdłe emocje, które wtedy się pojawiły były wyjątkowo trudne do przeżycia. Ja potrzebuję więcej i wciąż przekraczam swoje granice.

Nie wiedziałam, że pozwalanie dziecku na zbyt wiele może przynieść taką szkodę.
 

 
Do wszystkiego dochodzi jeszcze ryzyko ciąży. Zrobiłam dziś test i wyszedł na szczęście negatywny. Za parę dni powtórzę.
Moje nastawienie odnośnie posiadania dzieci pozmieniało się na przestrzeni lat. Nastąpiła zmiana od kategorycznego "nie, nigdy" do "z chęcią, ale z dobrym partnerem". O tego drugiego trudniej. A nie chcę by na moje przyszłe dziecko oddziaływały podobne czynniki, jak na mnie - m.in. opuszczenie przez ojca. Chciałabym wychować dziecko tak, by nie miało żadnych problemów psychicznych. Powodzenia - sama jestem kłębkiem zaburzeń osobowości.
W każdym razie dopiero dziś, po 1,5 tygodnia od jednego z mych "zachowań ryzykownych" i po rozmowie z terapeutką uświadomiłam sobie powagę sytuacji. Wcześniej nie przyjmowałam do siebie w ogóle myśli, że mogę zajść w ciążę. A teraz co? Wpadłam w panikę. Plus poczułam się wykorzystana; choć na przedostatniej sesji z wielką pewnością twierdziłam, że to żadne wykorzystanie. Że wyszło na moje. Nie wiem, o czym ja sobie myślałam. Chyba o zagłuszeniu samotności. Bo teraz czuję się opuszczona przez wszystkich dookoła. Nawet przez pana od jakże ciekawej relacji typu "friends with benefits". Super. I nie mam jak zagłuszyć emocji. Czuję się przerażona swoja samotnością. Tym, że niby mam przyjaciół ale nikt nic o mnie nie wie. Ze wszystkim swymi problemami emocjonalnymi muszę sobie radzić sama.
Tak sobie myślę, że może jestem dzielniejsza niż sądziłam. Chociaż co to za "radzenie sobie" z kompulsywnymi zachowaniami?

Za to pomaga mi pisanie, chociażby dla samej siebie. Nie czuję już okropnej potrzeby zrobienia sobie krzywdy.

Ani nie czuję pustki. A wczorajsza była przerażająca. Nie wyobrażałam sobie, że mogę być wyprana z emocji. A tu jednak.
 

 
Identyfikacja emocji wciąż w toku. A ja się coraz gorzej czuję. Na dodatek odstawiłam leki. A chyba bez nich serio nie mogę funkcjonować. Nawet nie wiem, który z nich pełni rolę stabilizatora. A któryś musi, bo pojawiły się dawno niewidziane skoki nastrojów. Wyjątkowo intensywne. I muszę się mocno pilnować, by nie zrobić niczego złego. I teraz się zastanawiam, jak mam identyfikować swoje emocje, jeśli leki je tłumią? Z drugiej strony ułatwiają mi funkcjonowanie. Ale czy to nie czyni mnie w pewien sposób uzależnioną od nich? Bo nie umiem sobie sama radzić z nimi. Jedyny sposób na ich okiełznanie to autoagresja. Słaby sposób. Nie polecam.

I najgorsze jest to, że nie mam z kim o tym porozmawiać. Niby cały czas do kogoś piszę. Niby jestem z ludźmi blisko ale nie jeśli chodzi o mnie. I cały czas rosnące poczucie samotności mnie przytłacza. Dlatego potrzebuję pisać. Chociaż tyle, by wyrazić emocje.
 

 
To nigdy nie jest "tylko seks", prawda? Jak szybko można się przywiązać? I jak szybko można zacząć odczuwać zazdrość?
Przynajmniej to sobie uświadomiłam.
 

 
Próbowałam zidentyfikować swoje emocje. Chciałabym się dowiedzieć dlaczego czuję napięcie. I czym ono jest. Skończyło się histerią, napadem obżarstwa i prowokowaniem bólu. Emocji nie nazwałam. Bo gdy tylko zaczynałam, one natychmiast się zmieniały. Wiem tyle, że cały czas żyję z lękiem. Ale to za mało jak dla mnie. I dlaczego skutkuje paniką.

Chciałabym wiedzieć czy rozpoznawanie tych emocji stanie się kiedyś prostsze.
 

 
Po co spać, jak można wchodzić w kolejne dziwne relacje?

Dawno nie byłam tak aktywna. Prawie w domu nie bywałam O.O ponoć jestem introwertykiem.
 

 
Nie wiem, co się dzieje. Może życie to chaos. A moja relacja z Nim (świetną ksywę na pingera mu wybrałam, btw) jest coraz bardziej popierdzielona. On już ma mnie dosyć. Nic dziwnego. Drażnię go. Prowokuję, choć sama nie wiem, czemu. Przy okazji tak bardzo boję się opuszczenia, a moje zachowanie może tym skutkować. Poza tym to chcę jechać do kolegi i mieć wszystko, wszyściutko gdzieś. Narkotyki, alkohol, seks i ekstremalne aktywności wyjątkowo mnie przyciągają. Znów chcę przekroczyć własne granice. I nie obchodzi mnie to, że mogę wrócić z nową traumą. Choć poprzednich jeszcze nie przepracowałam. Nie potrafię się zabić to chociaż zdrowie swoje bardziej uszkodzę. Czemu nie.
Gorzej, że dowiedziałam się, że mogę być rzeczywiście chora. I nie chodzi tu o zaburzenia osobowości. W grę wchodzi choroba... schizofrenia. Serio? Jestem przerażona i mam ochotę ryzykować zdrowiem jeszcze bardziej. Nie wiem czemu. Bo mimo wszystko mam wrażenie, że choroba zwalnia mnie niejako z różnorodnie rozumianej "odpowiedzialności". Na chorobę przecież nie mam wpływu, na zaburzoną osobowość już tak. Ale schizofrenia... serio? Wiem, że mam paranoje. Ale jestem wobec nich krytyczna. Więc jak...? Czuję jakby zabrano mi grunt pod nogami. I tak nie wiem, kim jestem. Teraz nie wiem czy wszystko wokół mnie jest prawdziwe. Relacje, obowiązki, bliższe i dalsze otoczenie oraz ja. Czuję, że znów pojawia się derealizacja. Myślałam, że moje skrajne postępowanie i skrajne poglądy są wynikiem bordera. Ale niekoniecznie. I dlatego się boję. Bo świadomość tego, że się zachorowało na przewlekłą chorobę jest przerażająca. I chciałabym mieć teraz kogoś, kto mnie przytuli. Ale dla Niego to chyba za duże poświęcenie.

Przykro jakoś.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Ostatnie dni upłynęły pod standardowymi huśtawkami nastrojów. Aktualnie czuję wstyd za bezsensowne wybuchy agresji. Smutek bo dotarło do mnie, że bliscy mi ludzie nie są w porządku. Ale ja też nie jestem. I to chyba normalne. Muszę jakoś nauczyć funkcjonować z tą wiedzą. I starać się nie krzywdzić innych. I nie dawać się krzywdzić. I rozmawiać a nie reagować bierną agresją. Mam wrażenie, że taka bywa jeszcze gorsza od aktywnej. Choć nie jestem w stanie pozbyć się rozgoryczenia przez świadomość, że zostałam porzucona. Może i mam paranoje, czasem urojenia ale to nie zmienia tego, że te "porzucenie" rzeczywiście mogło nastąpić. Wypadałoby teraz porozmawiać o tym. Może sytuacja z drugiej strony wygląda zupełnie inaczej. A jak nie... należy ograniczyć relację? Przede wszystkim muszę pomału pozbyć się swojego uzależnienia od cierpienia. Bo nadal odrzucam zbyt stabilnych i względnie "dobrych" ludzi i nie pozwalam im zbliżyć się do mnie. Potrzebuję silnych emocji.

Dlatego ON jest dla mnie taki ważny. Przyjaźniliśmy się. Teraz relacja może przejść na wyższy poziom, co mnie przeraża. Oboje mamy problemy. I naprawdę chciałabym mu pomóc. Dlatego wczoraj zdołałam się opanować i przerażająco spokojnie próbowałam zachęcić go do tego, by skorzystał z pomocy specjalisty. Bez fochów i ze zminimalizowaną bierną agresją. Poza tym doceniłam to, że próbował walczyć ze swoimi własnymi nastrojami, po to by ze mną rozmawiać. By zapewnić, że mnie nie porzuca. By przypomnieć, że jestem ważna. By spróbować się spotkać. Spotkanie nie wyszło i raczej w ciągu najbliższych tygodni nie uda się. Ale wiem, że się starał. Więc i ja powinnam opanować własne paranoje. I niepotrzebne frustracje.

Za to cierpię teraz podwójnie. Brzydzę się swoimi myślami o samobójstwie. I krwawymi wizjami, które mnie uspokajają. Rozumiem, że to efekt przepełnienia emocjami, które nie mają ujścia. I po uspokojeniu zupełnie inaczej patrzę na świat. Ale do cholery, tyle osób rzeczywiście cierpi. I rzeczywiście marzy o śmierci...
Wiele rzeczy mnie poruszyło ostatnio. Ludzie cierpią a ja jedyne co mogę to współczuć. Lub od czasu do czasu dołożyć się do działań, mających na celu zminimalizowanie tego cierpienia. Ale to dla mnie za mało. Moje lenistwo, strach i nawykowe przeciąganie ważnych działań kłócą się z energią do pomocy innym. Ale nie teraz. Nie gdy w końcu zobaczyłam ciocię. Jednocześnie odetchnęłam z ulgą i się załamałam. Ulgę poczułam, bo rodzice przedstawili mi stan zdrowia cioci jako tragiczny. Owszem, jest zły. Ale moim zdaniem da się go poprawić. Konieczne są niestety pieniądze... Osoba, która pomoże w podstawowych czynnościach (jedzenie, picie, pielęgnacja, załatwianie się) + osoba, która zadba o stan mięśni, będących niestety w zaniku. Do tego potrzebna jest rehabilitacja i prawidłowe żywienie! Do kurwy nędzy... wiem, że rozplanowanie odpowiedniego podziału pieniędzy na świadczenia zdrowotne jest w Polsce problemem. Ale już nie raz słyszałam o tym, że prawidłowe żywienie jest lekceważone. Istnieją co prawda organizacje zajmujące się leczeniem żywieniowym ale dostęp do ich usług jest ciężki (drogi, długi, bezpłatne świadczenia nie dla wszystkich potrzebujących :<. Co jest dla mnie przerażające... bo leczenie żywieniowe powinno być podstawą! Cała gospodarka zdrowotna mogłaby na tym skorzystać. Bo przecież niedożywienie wpływa na zwiększenie długości hospitalizacji, na szybszy rozwój powikłań oraz postęp samej choroby podstawowej. I mnie to boli. Nie dość, że profilaktyka leży w naszym kraju, wiele chorób diagnozuje się stanowczo za późno to i leczenie bywa utrudnione przez częste niedożywienie. Ale już kończę temat teorii wałkowanej na studiach przez cały poprzedni rok... wracam do swojego przerażenia. Już na pierwszy rzut okiem widać, że ciocia jest niedożywiona. Leciutka... mięśni brak... skóra jest dosłownie szara... Ale jest taka wesoła. I poprawiłam jej nastrój swoją obecnością. Iiii mimo, że jedynie przez pół roku uczęszczałam na zajęcia na "opiekunie medycznym" to te kilka miesięcy mi coś dało. Wiedziałam co robić. Jak ją prawidłowo oprzeć. Jak przebrać. Jak zadziałać przy pościeli. I mimo że to niewiele, to widzę, że ją to ucieszyło. I ja byłam przeszczęśliwa, że udało mi się nie rozpłakać na miejscu.
Może dlatego, że się wściekłam. Na karcie wypisu ze szpitala nie było nawet masy ciała i wzrostu wpisanego w rubryczki. Bo skądże O skali oceny siły mięśniowej/odżywienia to mogłabym jedynie pomarzyć.
Bo po co zrobić krótki wywiad.

Kurwa mać.

Ale przecież to norma. Tylko niektóre oddziały dbają o całkowity wywiad. I o to by kontrolować stan odżywienia i reagować natychmiast przy jego pogorszeniu.

Ech.
 

 
Dziś miałam wizytę u psychiatry. Zaproponowała mi stabilizator. Oczywiście odmówiłam. Chyba to był błąd. Bo po wizycie zdołałam się jeszcze przehuśtać przez skrajne nastroje. Tyle, że próbowałam ustalić ich przyczynę. Nie mogłam. Coś mnie blokuje. Wstyd? Coś podobnego a ponoć jeśli się nie odblokuję to nie ruszę dalej. Ech.
Ale od wczoraj mam kontakt z G. Fajnie przez parę chwil czuć się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Znów się o nią troszczę. Znów jest dla mnie najważniejsza. Poza tym i jej podejście do mnie się zmieniło. Było takie jak kiedyś, mimo że nasza sytuacja życiowa drastycznie się pozmieniała. To jednak znów pojawiła się ta lekkość rozmów. I nie musiałam nawet być w centrum uwagi. Muszę cieszyć się nią póki mogę. Bo zaraz pewnie znów dadzą o sobie znać nasze niewypowiedziane konflikty, skutkując ciszą. Taki to... standard? Choć muszę przyznać, że wolę trwać w takiej relacji niż otworzyć się i w końcu opisać swoje żale. Boje się usłyszeć, co ona mi zarzuca. Poza tym nie chcę jej stracić. A tak, mimo że kontakt zanika raz na jakiś czas, to jednak ciągle wraca. Przyzwyczaiłam się. I ona chyba też...
 

 
Jakaś recepta na normalność? Bo znów...

Smutek i izolacja

względnie dobre samopoczucie i wypełnianie wszelkich obowiązków (sprawnie i szybko)

spadek samopoczucia ale wciąż sobie radzę

powrót dobrego samopoczucia - jaki świat jest piękny; kocham swoich przyjaciół

nienawidzę ich i oni mnie chyba też

chce się zabić

w sumie to nie chcę

smutno jest ale niech mi nie wypominają, że nie chodzę na uczelnię

No i wypominają

W sumie to mieli rację. Ale nadal zła jestem; nie ufam im. Uzewnętrznię się na facebooku

Kocham przyjaciół. Życie jest względnie piękne. Po co spać, brak snu polepsza samopoczucie


Dostrzegam więcej emocji. Mniej lęków się we mnie pojawia. Widzę wyraźną potrzebę zwrócenia na siebie uwagi. I poczucia bezpieczeństwa. Ale co z tego? Nadal się męczę, tym razem będąc jednak świadoma co odwalam. Plus nie jestem pewna czy nieświadomie nie chciałam wymusić czegoś na terapeutce.

Czy tak terapia ma serio działać?
  • awatar MKC: @Pantokratorka: Dzięki :D wczoraj aż byłam przez jakiś czas dumna z siebie. Bo całkowicie nad sobą panowałam. Po kilku godzinach dopiero straciłam to panowanie ale wierzę, że dam radę nad tym popracować :D
  • awatar Pantokratorka: @MKC: No peeewnie, sięgając tego, co jest i jak jest (nawet jak jest średnio), to masz realną szansę na ogarnięcie tego :) Nasze życzenia na nasz temat i tego, jak mogłoby być są ekstra, ale najpierw trzeba się uporać z niefajnymi rzeczami i powyciągać różne wnioski i spostrzeżenia, co jak widzę już zaczęłaś robić :)
  • awatar MKC: @Pantokratorka: Myślisz? ;p bo póki co to mam wrażenie, że odkąd chodzę na terapię to też zachowuję się gorzej niż kiedykolwiek. Postęp jest... :| Ale wyrzuty sumienia też! Widzę dla siebie nadzieję przynajmniej w tym
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Ale przynajmniej muzyka mi towarzyszy we wszystkim, co robię Rapsy, folk metal i podobne klimaty jakoś dodają mi energii do funkcjonowania. Nawet na poważnie wzięłam się za naukę angielskiego. Może za rok uda mi się podejść do egzaminu na CAE. I co najważniejsze, może uda się go zdać!
 

 
Czy to już koniec "głaskania po główce" na terapii? W sumie nie dziwne. Coraz częściej się blokuję. Coraz więcej buntu. I w sumie to nie mam siły walczyć o jakąkolwiek poprawę. Oprócz obowiązków, bo coraz lepiej rozplanowuję dzień. Ale wszelkie moje relacje... jeszcze nigdy wcześniej mnie tak nie rozczarowywały!
I te skoki nastrojów są wykańczające. Wczoraj byłam przeszczęśliwa. Dziś znów nie mogę na siebie patrzeć. A innych bym najchętniej rozszarpała na strzępy.

Chyba że znalazłby się jakiś dobry ktuś, kto by po prostu przytulił i pobył ze mną.
 

 
Wczoraj było fajnie. Poza krótkimi momentami, którymi dziś jestem zażenowana. Więc co jest znów nie tak?

#czemu

Czemu znów nienawidzę ludzi. Czemu G. znów mnie rozczarowała? Czemu ON znów mnie olał? I czemu zajęci ludzie coś odpierdalają?

I czym była moja chęć spotkań towarzyskich? Co chciałam G. udowodnić? Przecież już od dawna wiem, że nie jest idealną przyjaciółką. Czego jeszcze chcę od tej relacji? Chciałam podkraść jej znajomych? By kontaktowali się również ze mną. W sumie... to byłaby dobra zemsta. Obie zawsze byłyśmy o siebie zazdrosne. Zawsze istniał jakiś podział - jej znajomi vs moi. Więc co chcę osiągnąć nawiązując z nimi kontakt? I czemu na siłę to ja chciałam być w centrum uwagi. Osiągnęłam to w sumie. Więc czemu czuję teraz tylko rozgoryczenie? I staje się ono jeszcze większe, gdy tylko sobie przypominam, że nie wszczęłam konfliktu. A chciałam. To byłby idealny moment by wszelkie nasze ukryte żale ujrzały światło dzienne. Bo przecież nie można jak człowiek porozmawiać? Musi być konflikt. I silne emocje. Ale to nic. Nadal moje blokady dobrze się mają i pozostają niewzruszone. Mimo alkoholu. Mimo chęci do autodestrukcji.

Tylko czemu teraz jej tak bardzo nienawidzę? Pierwszy raz pojawiła się nienawiść skierowana w jej stronę. Jakiś dziwny ten postęp. Bo nadal nienawidzę siebie.

#znów

Znów odstawiłam nagle leki. Znów pije za dużo. Znów moje myśli krążą wokół alko. Znów angażuje się w niebezpieczne relacje. Znów chcę umrzeć. Znów nie kontroluję wydawania pieniędzy. Znów wpadłam w histerię. Znów emocje we mnie szaleją. Znów wymuszam pewne zachowania przez płacz. Znów robię z siebie ofiarę. Znów wspomnienia wróciły.

A przedwczoraj chciałam żyć. I planowałam swoją przyszłość. Miałam jakąś nieposkromioną energię. I milion planów na minutę. W końcu olałam nieprzyjaznych mi ludzi. Uzyskałam nawet pozwolenie na zwierzaka na stancji. Idealnie się żywiłam. No i cieszyłamm się, że w końcu schudłam. Poza tym całkiem ładnie rozplanowywałam dobę. I finanse!


Bez sensu. Także to, że dopiero do mnie dotarło, że G. sobie jednak dobrze radzi. Mimo depresji i ciężkiej sytuacji. Mimo, że podejrzewam, że też ma bordera. I sobie radzi wręcz świetnie. Więc co się stało, że zaczęłam zazdrościć. I czemu terapia nic nie daje. Czy to miał być mój magiczny środek na szczęście? A potem dojrzałam rzeczywistość...
 

 
I mama namawia mnie na zwierzaka. Wow. A wszystko przez to, że dowiedziała się o moich złych nastrojach. I pewnie boi się, że coś sobie zrobię. Dzwoni codziennie i gada o pierdołach. Chyba naprawdę ze strachu. Ale ja serio nie mam siły nawet na zwykłą rozmowę. Jako takie funkcjonowanie wiele mnie kosztuje. Nawet zniknęła energia sprawiająca, że znów wyczekuję ze zniecierpliwieniem na terapię. Teraz chodzę bo muszę i mam nadzieję, że mi jednak coś daje ta terapia. Ale chęci jakichkolwiek brak. I miałabym podejmować się opieki nad zwierzakiem w takim stanie? Niby chciałabym. I może przestałabym czuć się osamotniona. Skończyłyby się codzienne powroty do pustego mieszkania. A jeśli adoptowałabym psa to zmuszona bym była do wyłażenia na spacery. A troszkę tęsknię za nimi. Samej ciężko się jednak na nie zmotywować.
Więc może...
 

 
Ag. przyjeżdża jutro. A ja nadal nie mam prawie na nic siły. Tyle, że na uczelnię już prawie nie chodzę. I jutro też nie pójdę. Już jestem pewna, że biorę dziekankę. Teraz fajnie byłoby poinformować o tym promotora. Ale to później. Kiedyś. Może nie w dniu obrony

A ON sam poruszył temat naszych relacji. Po kilkudniowej przerwie w rozmowach. Ponoć mu się podobam. I tęskni dość mocno. Wczoraj czułam się, jakbym miała oszaleć ze szczęścia. Dziś znów czuję jedno wielkie "meh". Nie wiem w jaką grę gramy ale jak jedno się odsuwa, to drugie się nagle "przysuwa". Raniąc się przy okazji. Ale może istnieje jakaś szansa, że stworzymy zdrową relację.
 

 
Było całkiem spoko. Wyszłam z domu. Narzekałam. Troszkę postawiłam siebie w centrum uwagi - przez chwilkę. Może to, że ktoś się o mnie martwi jest jednak dobre. I wcale nie straszne. Może nie muszę odrzucać tego zmartwienia. Może jednak na nie zasługuję.
Niezależnie od tego, wiem, że potrzebuję przerwy na studiach i regeneracji nerwowej. Postaram się.
  • awatar MKC: @glowin': Staram się :( i wyobrażam sobie jak to boli. Ale trochę już napracowano się nad moim brakiem zaufania do ludzi. Teraz powoli muszę je zmniejszać - przynajmniej do jakiegoś normalnego poziomu
  • awatar glowin': regeneruj się, powodzenia! a ludzi, którzy się martwią nie odrzucaj, bo to boli gdy chcesz komuś pomóc, chcesz dobrze, a ktoś traktuje Cię jak wroga. wiem po sobie, niestety.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Ogólnie to depresja wraca. Prawie 3 lata remisji i dzifka już puka do mych drzwi. Nie otwieram ale ona się włamuje. Nawet na policje zadzwonić nie można. Chamstwo!


I bezsenność.



I ta pozytywna perspektywa chudnięcia, gdyż apetyt nadal marny.
 

 
Pakowanie się w relację z kimś równie niestabilnym jak ja, to zdecydowanie jest coś, co lubię Już zdążyłam go znienawidzić i pokochać od nowa; zrezygnować z relacji i błagać, by mnie nie opuszczał. Przynajmniej nie jest nudno. No nie? Prawda...?
 

 
Już jestem przeszczęśliwa. Wystarczy, że on mnie odwiedzi wcześniej niż za pół roku.

A zrobi to już w tę sobotę!

Umieram ze szczęścia!




Ale nikt nie wierzy w moją huśtawkę nastrojów.






~Borderlove
  • awatar MKC: Wyhuśtało nas :|
  • awatar Tigram Ingrow: Mam dziwne wrażenie, że wiem o czym mówisz, mówiąc o huśtawce nastrojów.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Najlepsze urodziny ever!

Piwo, psychotropy, głodówka i myśli samobójczę. Miała być pseudo impreza. Będzie w piątek. Jak dożyję.
W sobotę niby też opijałam urodziny. Znaczy niszczyłam kolejną relację, przeżyłam dziwne, niebezpieczne przygody. Przeszłam samą siebie. Czy to te dawno wyczekiwane zmiany? Pierwszy raz główną rolę grał mój egoizm. Więcej takich stanów!
Może słabość moja będzie w końcu siłą.
Gdzie moja granica?
Gdzie moi przyjaciele?
To nie jest zwyczajne borderline'owe "kocham cię i nienawidzę". Zrozumiałam, że zostałam sama. Ludzie, na których mi zależało mają mnie gdzieś. Ponoć się przyjaźnimy. Ale czym jest przyjaźń? Po co były moje starania? Ci dla których ja się liczę zaraz odejdą. Próbuję zniechęcić ich do siebie.
Takich zachowań autoagresywnych nie miałam od dawna. Terapeutka się przerazi.

Ja nie.

Bo jestem coraz bliżej ulgi.

Nieznana dziewczyno, dziękuję. Twoja rozpacz idealnie odzwierciedlała chaos w mojej głowie. Coś pstryknęło w mojej głowie. Może znajdę siły teraz.

Może niestosowne ale...

Nie można wartościować żadnego cierpienia!


~A może właśnie teraz
Na pewno ktoś, na pewno ktoś umiera ~















Nienawidzę siebie.
 

 
Próbuję wrócić do życia. I to w dość agresywny dla mnie samej sposób. Jutro idziemy z E. na imprezę. Nie wiedziałam, że będę jeszcze chciała tańczyć. Że jeszcze będę chciała ją widzieć. Że będę jeszcze chciała kogokolwiek widzieć. A chcę. Głównie dlatego, że jest to okazja do wypicia. A przecież alkohol mi służy. Zagłusza okropne myśli, dodaje sił. Coś wydobywa ze mnie. Nie wiem co. Wiem jedynie, że następnego dnia zły nastrój wróci z podwójną siłą.
Akurat przed urodzinami. Zły nastrój i brak sił do czegokolwiek, do życia w szczególności. Idealny stan, by nie pójść na uczelnię. By nie zaczynać nowego semestru. I nie myśleć, że zbliża się zakończenie pewnego etapu. A ja nie umiem nawet seriali dokończyć. Niczego nie jestem w stanie. Studiów też. Nie w terminie.

Więc już dziś oswobodziłam troszkę moje wyrzuty sumienia związane ze zbliżającym się zachowaniem uznawanym przez terapeutkę za "autoagresywne". Ja i alkohol. Alkohol i psychotropy. Za to może nabiorę odwagi by upomnieć się o uwagę od bliskich mi osób. I opowiedzieć do czego doprowadziłam. Dlaczego od 2 tygodni jedzenie oraz sama myśl o moim ciele wywołuje we mnie odruch wymiotny. Dlaczego oskarżam wszystkich o wszystko a prawdziwego winowajcy nie.
 

 
Przeglądam starego minibloga. W sumie nie odczuwam aż takiego zażenowania jak myślałam, że będę czuć. Spodziewałam się większych głupot wytworzonych przez nastoletnią głowę. Za to zauważyłam, że już wtedy miałam problem z zaufaniem ludziom. A jak już zaufałam to oczywiście musiałam na tym ucierpieć. Niemniej, podświadomie ciągnęło mnie do niebezpiecznych relacji. I do dzisiaj to się nie zmieniło. Kocham ten natłok przeróżnych emocji, który dopada mnie, gdy ktoś jest w stosunku do mnie nie w porządku. Wtedy mogę poczuć coś więcej niż standardowy smutek/lęk/nudę. Najgorzej, że te emocje uzależniają. Nie widzę końca wplątywania się w nadszarpujące nerwy relacje. Nie wiem czy chcę widzieć. Tak jest ciekawiej. Żywiej.
 

 
Kocham nieprzespane noce. I stany, gdy w najbliższym czasie nie powinny pojawić się żadne obowiązki. Więcej takich sytuacji! Więcej dobrego nastroju!
Teraz pytanie - jak efektywnie odpocząć?
  • awatar Poznaje życie: Dużo snu + dobry magnez i można odpocząć w najlepszy naturalny sposób :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Źle mi. Jak nigdy wcześniej. Jeszcze nie doświadczyłam tego uczucia. Czymkolwiek ono jest. Obrzydzeniem do siebie? Z pewnością! Strachem? Tylko przed czym? Poczuciem krzywdy? Nie mam takiego.
Chcę natentychmiast uciec ze świata albo chociaż ze swojej własnej świadomości. Nie potrafię. Nie mogę także wydusić z siebie łez. Wtedy też nie potrafiłam.
To nie tak, że sama sobie zasłużyłam ale poniosłam konsekwencje ryzyka. I teraz muszę sobie z nimi poradzić. A nie uciekać. A do tej pory tylko to robię. Uciekam przed obowiązkami, przed relacjami, przed normalnością i stabilnością. A niepamięć jest wspaniałym mechanizmem obronnym. 1,5 roku terapii i już moje mechanizmy ucieczki są coraz słabsze. W każdym razie, nie ma to jak po 5 latach uświadomić sobie, że doświadczyło się przemocy seksualnej. I odczuwać, jakby to wydarzyło się wczoraj. A minęło 5 lat... 5 lat szybowania emocjami gdzieś poza rzeczywistością. 5 lat mimowolnego szukania relacji, gdzie znów będę ofiarą. I ta niepewność czy przypadkiem historia mojego dzieciństwa nie skrywa niczego bardziej mrocznego. Nie zdziwiłabym się. Niepamięć przynosi ulgę. Niepamięci, proszę wróć!
 

 
Ale najbardziej boli to, że bliskie mi osoby nic o mnie nie wiedzą. A próby przekazania tego, kim jestem kończą się jak zwykle - niepowodzeniem.
 

 
Nie mam, co robić ze swoim życiem.
Więc robię "ser z ziemniaka".

Racjonalne rozplanowywanie czasu to też obowiązek. Chyba.
 

 
~~~Hello, it's me <you're not looking for>

Czy jest jakaś dziedzina w moim życiu, której bym nie porzuciła? I do której nie wróciłabym w późniejszym etapie? Tą dziedziną są chyba jedynie studia, ciągnięte z przymusu.

Ale znów wracam. Niepewna jutra. Ale i dzisiaj. Bo tego, co mogłabym określić jako "wczoraj" nawet nie chcę zrozumieć.


Ale wielokrotne próby zalogowania nie pomagają, o nie!
 

 
Znów w mojej głowie pojawił się chaos, tym razem bardziej przyjemny. Przyjemności trwaj! Nim znów zagłuszą cię lęki.

Nie wiem, co się dzieje. Miałam dziś całkiem fajny dzień. Z osobą którą lubię ale do tej pory wydawała mi się jedną z dalszych mi osób. Nie potrafiłam złapać z nią kontaktu. Dziś coś się zmieniło? Czy to dlatego, że nie spałam całą dobę? Wracając wirowało mi w głowie, zupełnie jak po alkoholu. Przyjemne uczucie ale wciąż mam chęć, by zadbać o swoje zdrowie. Nie mogę więc go niszczyć kolejnymi epizodami wymuszonej bezsenności - wszystko po to, by móc "przygotować się psychicznie" na kolejny dzień.
W każdym razie czuję się dobrze. Czuję także, że i ona wyniosła dobre wrażenia z naszego spotkania. A chciałabym, by miała ich jak najwięcej. By trochę załagodzić cierpienie...

W każdym razie odczuwam aktualnie pewną mini euforię. Odpoczęłam. Na chwilę zniknęły stresy. Dodatkowo pierwszy raz w życiu zrobiłam tartę! I to wegańską! Z serem z ziemniaka. Jestem z siebie bardziej niż dumna, bo gotowanie to zdecydowanie mój słaby punkt. A przynajmniej punkt wyzwalający lęki. Chcę być perfekcyjna. Chcę być perfekcyjnie postrzegana przez innych. Wiem, że to niemożliwe ale lęki przed odrzuceniem są silniejsze.

Może w końcu pójdę po leki, by zaradzić tym stanom?
  • awatar MKC: Dzięki. Normalnie chodzę na psychoterapię i do psychiatry. Terapeutka wyjechała na urlop, mi się sesja poprawkowa zaczyna i w efekcie stresuję się byle czym. W maju odstawiłam poprzednie leki i jakoś do teraz sobie dobrze radziłam :O
  • awatar summerxbummer: Może nie katuj się od razu lekami, bo leki to dno. Przejdz się do psychologa, jeśli dalej będzie zle to pewnie skieruje cię do psychiatry. Ale myślę, że jak już to po prostu dostaniesz leki nasenne i coś na uspokojenie. Pozdrawiaam.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Jak się bawić z pingerem, to się bawić!



Po co wyświetlać pierwszy, najważniejszy wpis na stronie głównej tego pingera x.x po co, lepiej ukryć.
 

 
Śmiem za to podzielić się tym, co mi teraz chodzi po głowie


"I know you’re nothing like mine
Cos she’s walking on sunshine
And your love would tear us apart
And I know I’m not your type
Cos I don’t shun the daylight
But baby I’m willing to start"


Ponoć śpiewanie poprawia nastrój. Podejrzewam jednak, że próba śpiewu o 3 nad ranem, mieszkając w bloku, nie jest najlepszym pomysłem.
 

 
No i znowu zaczynam... blogowanie. Jeśli pisanie na pingerze można blogowaniem nazwać.
Boję się wrócić do poprzedniego minibloga, za wiele lat minęło i zbyt wiele zmian we mnie zaszło. Nie chcę zmagać się z przeszłością. Jedynie na terapii sobie na to pozwalam. Może pinger będzie jej uzupełnieniem? W swoim otoczeniu nie mam nikogo, komu mogłabym się tak zwyczajnie wygadać. Choć nie wiem czy rzeczywiście nie mogę czy po prostu nie chcę. Mam cholerny problem z zaufaniem ludziom. Nawet nie jestem pewna czy sobie samej potrafię ufać. Pewna jestem jednego - to poczucie samotności przywiodło mnie tu. Nie potrafię nigdzie zagrzać miejsca na dłużej, chyba, że istnieje zewnętrzny przymus.
Tym razem się postaram - przynajmiej nie narzucać sobie presji!



Może